Uratował jelonka. Grozi mu wysoka kara finansowa
Na początek cenna, ale bardzo smutna prawda: jesteś wrażliwy na krzywdę zwierząt - masz problem. I to duży problem... Przekonał się o tym mieszkaniec Koziegłówek, który od 4 dni opiekuje się jelonkiem, którego uratował od śmierci. Opiekuje się mimo woli, ponieważ żadna z instytucji, z którymi się kontaktował, nie chce mu pomóc. Mało tego - grozi mu także grzywna za zagarnięcie mienia państwowego...
Ledwo żywy i przemarznięty... Młody jelonek do zagrody pana Bolesława trafił trzy dni temu. Prawdopodobnie został potrącony przez samochód. W Koziegłówkach koło Myszkowa gospodarze do sąsiedztwa dzikich zwierząt już przywykli. Rannemu jelonkowi chcieli po prostu pomóc. - Nie ma krwi, na nim, nie ma nic, jest po prostu tak, jakby kręgosłup miał uszkodzony. Leży cały czas - od poniedziałku - mówi Bolesław Walo, mieszkaniec Koziegłówek.
Do gminy, do leśniczego, do lekarza weterynarii i koła łowieckiego. Pan Dariusz na telefonie spędził długie trzy dni. Szukał pomocy, niestety bezskutecznie. - Zainteresował się tym, by ktoś, jeżeli jelonek miałby rogi dwumetrowe ze złota, wtedy od razu znalazłyby się służby i instytucje, które by się nim zajęły - stwierdza Dariusz Walo, mieszkaniec Koziegłówek. A, że rogów ze złota nie miał, powiatowy lekarz weterynarii przyjął jedynie zgłoszenie telefoniczne. - Spisaliśmy sobie dane tej osoby, a następnie podjęliśmy powiedzmy nasze czynności w celu ustalenia faktów, dokonania analizy i przeprowadzenia postępowania - tłumaczy Jacek Musialik, zastępca Powiatowego Lekarza Weterynarii w Myszkowie.
To ograniczyło się do informacji, również telefonicznej, że za przygarnięcie do zagrody dzikiego zwierzęcia w myśl prawa, panu Bolesławowi grozi wysoka kara finansowa. - Powiedzieli, że jest to przestępstwo brać dzikie zwierzę do domu, że to jest Skarbu Państwa i nie wiedziałem co robić - mówi Bolesław Walo.
Nie pomogli też w gminie, bo tam, jak się okazuje, owszem zajmują się dzikimi zwierzętami, ale tylko tymi padłymi. - Jeżeli zwierzę leży w pasie drogowym, ale już zwierzę padłe, wówczas rzeczywiście jest to zadanie gminy - potwierdza Krzysztof Bąk, UM w Koziegłowach. A, że jelonek wciąż jeszcze żyje, zaradzić problemowi mogliby jedynie działający na tym terenie myśliwi. - Zwierzę takie chore nie podlega selekcji, poza tym jest już w tej chwili po sezonie łowieckim na sarny. Sarny są w sezonie ochronnym. My też nie mamy takich praw do przetrzymywania takich zwierząt, nie możemy tego zwierzęcia wziąć - stwierdza Sławomir Sularz, myśliwy.
Na swoje barki wzięli za to pan Dariusz z ojcem. Czego teraz powoli zaczynają żałować. - Po prostu jest mi wstyd za niektórych urzędników, że taka jest znieczulica - mówi Dariusz Walo. - Lekarz musiałby go zbadać. Mam karmę, owies, mam siano, wszystko jest, jest przykryty, leży na sianie - dodaje Bolesław Walo.
W takich warunkach trudno będzie mu dojść do siebie. Na szczęście sprawą zainteresowali się już obrońcy praw zwierząt. - Będziemy podawali leki i myślę, że gdzieś około tygodnia do dwóch tygodni powinien stanąć na nogi. Bardzo dużo takich przypadków mieliśmy, gdzie były znajdowane wycieńczone lub potrącone zwierzęta - informuje Grzegorz Ekiert, Fundacja "Świat Zwierzętom".
Historia tego jelonka może za to wytrącić z równowagi nawet tych, którzy bezinteresownie pomagają zwierzętom.






















