Z Hałdy w Himalaje, czyli młodzież zdobyła czorten Jerzego Kukuczki

2011-06-05 20:19, Michał Mitoraj

To był prawdziwy szczyt marzeń. Dziewięcioro nastolatków ze Śląska zdobyło czorten Jerzego Kukuczki. Wyprawa z Hałdy w Himalaje mogła się odbyć dzięki Fundacji Pomocy Dzieciom Ulica wspierającej uzdolnioną młodzież z ubogich rodzin. Wspólnie z opiekunami pokonali kilka tysięcy kilometrów, by znaleźć się kilka tysięcy metrów nad poziomem morza i jak mówią będą chcieli do Nepalu kiedyś wrócić. Teraz wrócili do Katowic.

Święte miejsce, zwłaszcza dla polskich himalaistów - czorten upamiętniający tych, którzy przegrali starcie z południową ścianą Lhotse. To także był jeden z najważniejszych celów tej wyprawy. Dziewięcioro nastolatków po trzech tygodniach spędzonych na dachu świata wróciło do Katowic. Członkowie wyprawy z Hałdy w Himalaje, dzięki fundacji Ulica mogli zrealizować swoje największe marzenie. - Radość non stop, ale teraz jak już tak jechaliśmy do Katowic, to już mi głupio było bez tego Nepalu. Nie wiem czemu, tak jakoś dziwnie się czułem bez tego - opowiada Patryk Czerwiński, uczestnik wyprawy.

- Nigdy w taką podróż nie poleciał i nie jechał. Wyjeżdżał w góry, nad morze, ale nigdy w taką podróż oczywiście, tak daleko w Himalaje do Nepalu. To jest historia po prostu nie do opisania - zaznacza Iwona Wieczorkiewicz, matka.

Historia, którą rzeczywiście opisać trudno. Wszystko zaczęło się od konkursu, po eliminacjach przyszedł czas na treningi i wreszcie upragniony wyjazd. Pokonali kilka tysięcy kilometrów, by znaleźć się kilka tysięcy metrów nad poziomem morza. - Zdobyliśmy pięciotysięcznik. To jest tak jakby takie symboliczne pięć tysięcy, gdzie ciągle nosiliśmy je w sercu. Wszystkie dzieciaki, które tu są na Śląsku uzdolnione, ale niedostrzegane, ale każdy miał tak naprawdę swój Everest - zaznacza Adrian Kowalski, fundacja Pomocy Dzieciom Ulica. A także szansę na bezpośredni kontakt z najwyższą górą świata, w miejscu skąd wyruszają wszyscy, którzy chcą ją zdobyć. Góry to jednak niejedyny cel tej wyprawy. Kolejnym była najwyżej położona szkoła na świecie w Namche Bazar. 3340 metrów nad poziomem morza. - Wspaniali ludzie, nic tam praktycznie nie mają. Bieda kompletna, ale cieszą się z tego co jest - stwierdza Patryk Czerwiński.

Aby tam dotrzeć trzeba było maszerować prawie siedem godzin dziennie. Tak wyczerpująca wspinaczka sprawiła, że nie obyło się bez kryzysów. - Szybciej się męczy człowiek, trzeba się zaaklimatyzować. Może wystąpić choroba wysokogórska, na przykład ja miałem bóle głowy, zawroty i nudności - wspomina Mateusz Wieczorkiewicz, uczestnik wyprawy. W trudnych chwilach łatwiej o przyjaźnie, zwłaszcza z tymi, którzy wiedzą jak przezwyciężać takie kryzysy. Niektóre z nich są tak silne, że na pewno przetrwają jeszcze długo. - Jeden z młodych Szerpów, który nam pomagał miał na imię Fura i stwierdziliśmy, że należy mu pomóc nieco się rozwinąć w jego naprawdę ekstremalnie trudnych warunkach. Myślimy o kursie angielskiego, który byśmy opłacili - oznajmia Paweł Kaźmierczak, opiekun.

By jeszcze raz udowodnić, że jeśli się czegoś naprawdę chce można pokonać każdy szczyt.

dodaj komentarz
Autor:
Treść komentarza:
Przepisz kod obrazka:
1 komentarz
~tracker (156.17.69.*)  |  2012-01-02, 15:23
odpowiedz  |  ocena: 0
Zgłoś do moderacji
Oceń na minus
Oceń na plus
Uważam, że taka wyprawa to rzeczywiście ciekawa przygoda, ale koszty są niewspółmiernie wysokie do efektów. Dla dzieciaków bardziej sensowny byłby obóz wędrowny albo wspinaczkowy w Tatrach lub Sokolikach (Kukuczka też tam bywał). To byłoby czymś realnym i stanowiłoby zachętę do chodzenia po górach. Za cenę wyprawy do Nepalu w polskie góry mogłoby pojechać wielokrotnie więcej uczniów.